Bractwo św. Łukasza

O BRACTWIE ŚW. ŁUKASZA I SZKOLE WARSZAWSKIEJ

TADEUSZ PRUSZKOWSKI


Tak się utarło, że »ludzkość« przywiązuje ogromną wagę do słowa drukowanego.
Z opinią wyrażoną w tych samych słowach, ale »na gębę« a zwłaszcza po cichu — nawet przez wybitnie mądrego człowieka — nikt się zbytnio nie liczy. Z tego spostrzeżenia wiele lat temu poczynionego, nauczyłem się uważać krytykę drukowaną życzliwą, za dobrą — krytykę zaś nieżyczliwą, za zła. Albowiem mało jest powodów, ażebym mógł przypuszczać, że wszyscy piszący o sztuce są o całe niebo roztropniejsi ode mnie i że jako tacy są specjalnie powołani do tego, ażeby mnie pouczać i zawracać z niewłaściwej drogi. Wydaje mi się przeciwnie, że siedząc z uszami w malarstwie i pedagogii mam co najmniej równe a bodajże większe uprawnienie do nieomylności sądu niż pierwszy lepszy lichy malarzyna, który dlatego, że mu »nie wyszło«, pisuje krytyki.
Wstęp ten pozornie »ni przypiął ni przyłatał« ma na celu umotywowanie powodu, dla którego imam się pióra, aby wytłumaczyć ludziom czytającym, dlaczego w stowarzyszeniach malarzy, złożonych z moich uczniów, dzieje się tak a nie inaczej. Będzie to może interesujące, ponieważ właśnie w krytyce drukowanej panuje wyraźna różnica poglądów co do wartości rzeczonych stowarzyszeń. Od entuzjazmu pochwalnego aż do zgrzytania zębami i piany wściekłości oburzenia. Gdzie leży słuszność? Jest rzeczą chyba bardzo zrozumiałą, że jestem wybitnym zwolennikiem Bractwa Św. Łukasza i Szkoły Warszawskiej. Nikt się temu dziwić nie powinien.
Jeżeli policzymy ilość uczniów, którzy studiowali w szkołach artystycznych i wyprowadzimy liczbę ilustrującą procent tych, którzy do czegoś doszli, ujrzymy z przerażeniem, że liczba ta jest ułamkiem znikomym wobec morza tych, którzy do niczego nie doszli, tworząc zastępy wykolejeńców artystycznych niezdolnych do tego, aby ich użyć do wykonania jakiegokolwiek zadania artystycznego.
Na samym początku powstania S. S. P. w Warszawie, profesorowie uczelni, postanowiliśmy objaw ten zwalczać i za wszelką cenę starać się regulamin Szkoły tak ułożyć, aby istniejący stan rzeczy zmienić i dążyć do wybitnego powiększenia procentu ludzi »nauczonych«.
Pierwszym warunkiem, ażeby człowiek doszedł do większych wyników w jakimkolwiek kierunku, oprócz wrodzonego uzdolnienia, jest racjonalny i systematyczny trening. Trenować pracować bardzo wiele może tylko człowiek, który uprawia rodzaj sprawiający mu wybitną satysfakcję. My ludzie współcześni jesteśmy na tyle świadomi, że nie będziemy się fanatycznie upierali przy jakimś jedynym jedynie słusznym rodzaju czy kierunku sztuki.
Wrażliwość ludzka jest nastawiona na pożądanie zmian. Stąd moda, stąd »intermitance«. Raz czarne, to znów czerwone. Dzisiejsze epoki trwają krótko, bardzo krótko, ogromnie krótko. Coraz krócej.
Ludzie upierający się przy jakimś, ich zdaniem, idealnym modernizmie zbyt długo, popełniają ten sam błąd, co ludzie wczorajsi; stają się wstecznikami, spóźniwszy się ze zmianą poglqdów.
Co ma za znaczenie jakaś modernistyczna formułka, uprawiana jedynie przez zgrzybiałych starców.
O tym, co jest współczesne, decydują zawsze młodzi i jeżeli oni z siłą swoich młodych talentów i umiejętności mianują modernizmem jakiś rodzaj, nawiązujący zerwane tradycje z dobrą przeszłości, nie poradzą im żadne papierowe barykady. Od dłuższego czasu uważamy za ideał malowanie dla nielicznych rzesz ludzi specjalnie wyczulonych lub udających takich (snobów). Czy nie jest to stanowisko upokarzające. Rzesze nic tego malarstwa nie rozumieją. Daleki jestem od twierdzenia, że z tego powodu malarstwo takie zawsze z reguły jest złe.
Ale czy nie należałoby usiłować tworzyć tego rodzaju sztukę, która przy zachowaniu wszelkich cech wielkiej sztuki nie przerażałaby jako tako czującego, ogółu. Zadanie niewątpliwie trudne, tym jednak ciekawsze i mam wrażenie, że tylko tego rodzaju przyczynić się może do ukulturalnienia mas.
Nie bojkotując żadnego rodzaju podejścia« w malarstwie, oceniajmy je nie z punktu przymierzania czy »pasuje« do chwilowo panującej mody, ale najobiektywniej szukajmy wartości talentu i umiejętności w każdym dziele sztuki, bez względu na to czy jest w naszym guście.
Najważniejszą rzeczą jest aby człowiek uprawiał pracę do jakiej czuje się powołany, ksiądz niechaj mszę odprawia, niech rzeźnik szlachtuje bydło, niech prawodawca stwarza umowy społeczne. Niech ksiądz nie stwarza umów społecznych, niech prawodawca nie szlachtuje bydła i niech rzeźnik nie odprawia mszy, albowiem wszyscy będą to robili źle i z niechęcią.
Członkowie Bractwa św. Łukasza i Szkoły Warszawskiej uprawiają każdy swój rodzaj z zamiłowaniem, gdyby uprawiali jakiś idealny umówiony rodzaj robiliby to niechętnie i źle. Każda symulacja męczy.
Tym że pracują chętnie i z przyjemnością, tłumaczy się, że ich jest stosunkowo dużo (jak twierdzą starsi konkurenci, za wiele). Ale świat jest wielki. Są młodzi; jeżeli który się przekona, że rodzaj, który uprawia jest nędzny, nie będzie miał trudności w przetransponowaniu go na inny lepszy. Dopomoże mu przebyty trening i zyskana umiejętność.

Plastyka1930

POBIERZ:

Nazwa plikuTyp plikuRozmiar
bractwo_sw_lukasza.pdfPDF document47.6 kBInfo